“Naturalne” a “sztuczne”: dlaczego „chemia” to nie przeciwieństwo „natury”?

“Naturalne” a “sztuczne”: dlaczego „chemia” to nie przeciwieństwo „natury”?

Czy „naturalne” naprawdę znaczy lepsze i zdrowsze niż „sztuczne”? Lubimy wierzyć, że tak. Problem w tym, że z punktu widzenia chemii i biologii taki podział po prostu nie istnieje, a różnica między jednym a drugim to często wyłącznie kwestia procesu produkcji — a nie składu.
A więc przyjrzyjmy się, krok po kroju, co w powszechnym przekonaniu ma odróżniać „naturalne” od „sztucznego”.

Pochodzące z natury a „sztuczne”
Pierwszym i pozornie najprostszym kryterium odróżniającym naturalne i sztuczne jest pochodzenie. Naturalne to coś, co istnieje w przyrodzie, a sztuczne jest stworzone przez człowieka. Innym kryterium może być materiał, z którego dana rzecz jest wykonana: drewno kontra plastik, tkanina lniana kontra poliestrowa.

Zazwyczaj odruchowo skłaniamy się ku temu, co naturalne. I faktycznie, świeżo wyciskany sok pomarańczowy jest przecież pełniejszy w smaku niż tani napój oparty na „aromatach identycznych z naturalnymi”.

W przypadku soku za różnicę odpowiada złożoność produktu. W rozwijającym się i dojrzewającym owocu zachodzą setki przemian biochemicznych, syntetyzowane są różne cukry, kwasy, związki aromatyczne ale i inne substancje. Niektóre z ich powstają jako produkty metabolizmu, wiele z nich w minimalnym, wręcz trudnym do zauważenia stężeniu, ale dopiero te tysiące zmieszanych składników dają ten pełny, wyraźny smak, który tak znamy i lubimy.

Z drugiej strony identyczny z naturalnym aromat w tanim napoju o smaku pomarańczowym to zaledwie kilka z tych głównych składników, a jego smak i zapach są tylko „tanią podróbką” tego, co naturalne. Zatem, przez swoją złożoność, trudną do uzyskania w warunkach produkcji, naturalny sok jest lepszy.

Właściwości naturalnych tkanin są cenione znacznie wyżej niż tych syntetycznych. Bawełna czy jedwab są szlachetniejsze, niż poliester, a wełna czy kaszmir są „cieplejsze” niż akryl, nawet jeśli ubrania wiskozowe mną się bardziej niż poliester, a jedwab plami się niemal od samego patrzenia.

Ludzie konstruują coraz lepsze silniki, a jednak w porównaniu z molekularnym motorem, który napędza nasze komórki w naszych ciałach, są one fatalnie wręcz skonstruowane i mają ogromne straty energii. Faktycznie, syntaza ATP – enzym odpowiedzialny za syntezę adenozynotrójfosforanu, organicznej cząsteczki, będącej przenośnikiem energii na potrzeby metabolizmu komórkowego, ma wydajność, o jakiej nasi inżynierowie mogą jedynie pomarzyć. Znów punkt dla natury.

Ale kiedy rozważymy już na przykład schronienie i jako docelowe lokum porównamy naturalną jaskinię nad jeziorem z willą z basenem, raczej nie znajdą się chętni, by urządzić się i zamieszkać w tej pierwszej.

No dobrze, może ten przykład jest mało realistyczny i przejaskrawiony. Wróćmy do tego, co produkują żywe organizmy.

„Natura” vs. „chemia”
Niektórzy twierdzą, że przyroda daje nam wszystko, czego potrzebujemy, a my tylko psujemy sobie zdrowie, trujemy się „chemią”. A jednak podczas znieczulania przy zabiegu od dawna już nie popijamy wyciągu z maku lekarskiego zawierającego morfinę. Zdajemy się na precyzyjne systemy odmierzające optymalną dawkę sto razy silniej działającego przeciwbólowo fentanylu. Ten przykład również kieruje nas ku „sztucznemu” lekowi, który ma znacznie lepsze właściwości.

A podobne przykłady można mnożyć! Sięgając na tę samą, farmaceutyczną półkę, modyfikujemy chemicznie antybiotyki, by poprawić ich właściwości, oraz syntetyzujemy związki o podobnym do nich działaniu.

Weźmy na przykład witaminę C w kapsułkach. Jedna kapsułka witaminy pochodzącej z owoców i druga – z syntezy chemicznej. I znów ciągnie nas do tej pierwszej. „Chemia” działa odpychająco. A przecież mówimy o witaminie C, czyli właśnie o związku chemicznym. Sześć atomów węgla, osiem wodorów i sześć tlenów połączonych w określony sposób.

Nie ma naturalnych i sztucznych atomów. Wszystkie pochodzą z tego samego źródła i są nierozróżnialne. W syntezie chemicznej korzystamy z tej samej ich puli, z której korzystają rośliny, jedyna różnica to sposób przeprowadzenia reakcji chemicznych prowadzących do końcowego związku. Nie ma, bo i nie może być tu żadnej różnicy, poza (może) opakowaniem i opisem.

I tu dochodzimy do faktu, którego odkrycie może spowodować, że czujemy się trochę niezręcznie. Nasz pociąg do naturalnego jest wynikiem odruchu wzmacnianego sloganami reklamowymi. W reklamie nawet woda mineralna pochodzi z natury. A przecież to tylko woda i sole mineralne.

Gdzie przebiega granica?
Ale to jeszcze nic! Nawet kiedy uznamy, że naturalne nie zawsze jest lepsze niż sztuczne, docieramy do kolejnego odkrycia: nie zawsze da się je jednoznacznie zaklasyfikować!

Weźmy na warsztat insulinę, którą wstrzykują sobie diabetycy. Kiedy odkryto, że insulina może ratować ludzkie życie, przystąpiono do pozyskiwania jej z trzustek płodów świń. Tu sprawa jest oczywista, był to produkt naturalny. Ale jednak technika produkcji nie była ani dość wydajna, ani idealna. I nie chodzi już nawet o to, że wieprzowa insulina nieznacznie różniła się od ludzkiej, ale bardziej o to, że trudno było ją idealnie oczyścić, więc zdarzały się reakcje alergiczne na pozostałości innych białek zwierzęcych.

WordPress Cookie Notice by Real Cookie Banner