Rozpalił duży ogień w piecu. Otworzył ostatnią stronę zeszytu dziadka.
„Jeśli widziałeś żubra, to rozumiesz. Mój dom jest twój. Rób z nim, co chcesz. Możesz go sprzedać i wrócić do swojej szklanej klatki w Warszawie. Nie będę miał ci tego za złe. Ale jeśli zdecydujesz się zatrzymać klucz, wiedz, że nie jesteś już zwykłym człowiekiem pracy. Jesteś strażnikiem cząstki naszej duszy. Wybieraj mądrze, Mateuszu. Twój Dziadek.”
Następnego ranka Mateusz wrócił do kancelarii pana Kwiatkowskiego. Notariusz wyjął zapieczętowane etui i wypuścił smartfon Mateusza. Urządzenie natychmiast się włączyło, wibrując i wydając setki sygnałów dźwiękowych. Ponad czterysta maili, dziesiątki nieodebranych połączeń, pilne wiadomości od szefa z pytaniem, czy jeszcze żyje. Wirtualny świat przywoływał go, domagając się powrotu do matrycy efektywności. Mateusz spojrzał na lśniący ekran, a potem na pogodną twarz notariusza. Poczuł głęboką wdzięczność za ten mały kawałek plastiku i silikonu, który pozwolił mu zbudować swoje życie, ale zrozumiał, że nigdy już do niego nie będzie należał. Wsunął telefon do kieszeni, nie czytając ani jednego powiadomienia.
„Dom nie jest na sprzedaż, proszę pana” – powiedział Mateusz spokojnie i z namysłem. „Zatrzymuję go. I planuję stworzyć tu odizolowane miejsce pracy. Azyl dla warszawiaków, którzy zapomnieli koloru nieba”.
Notariusz uśmiechnął się i mocno uścisnął mu dłoń.
„Pański dziadek byłby dumny, panie Kowalski. Witamy w domu”.
Wychodząc z biura, Mateusz nie wrócił do Warszawy. Wrócił do drewnianego domu, otworzył okna, żeby wpuścić świeże powietrze Puszczy Białowieskiej. Usiadł przy kuchennym stole, wziął pustą kartkę papieru i długopis i zaczął pisać swoją historię. Opowieść o powrocie do korzeni, dedykowana wszystkim rodakom, którzy zagubieni w zgiełku XXI wieku wciąż poszukują drogi do domu.